Cześć,

Wróciłem. Z kolejną opowieścią, podbudowaną trochę świątecznym klimatem, którego tak strasznie nie znoszę.

Przeglądając wpisy, od pierwsze minęło ponad 2 lata. Trochę brakuje mi możliwości, chęci, sposobności i regularności w pisaniu. Muszę przyznać, że lubię to robić. Przelewać na papier swoje przemyślania, doświadczenia, spostrzeżenia. Dodatkowo, podobno wychodzi mi to nieźle. Głównie dzięki temu, że pisze mocno emocjonalnie. Z serducha.

Jest coś czym chciałbym się podzielić z Tobą w pierwszej kolejności. Z wielu różnych względów. Po części, przez to, że nie rozumiem zupełnie zaistniałej sytuacji. Okoliczności i finału. Po części przez to, że mimo krótkiego czasu trwania, wywarła na mnie dość duże skrajne emocje.

Poznaliśmy się na portalu randkowym, to też takie typowe dziś. To takie typowe, w moim przypadku. Wymieniliśmy kilkanaście wiadomości. Rozmawiało nam się dobrze, bez sztuczności, że wspólnym flow. O wszystkim i o niczym. Wiesz, luźno, miło, po prostu – i to jest chyba najlepsze określenie. Okazało się, że mieszkamy niedaleko. Okazało się, że mieszka na zaraz obok klubu, w którym kiedyś grałem w piłkę, potem stawiałem pierwsze kroki w karierze trenerskiej. I wiesz co, to durne, ale mnie takie rzeczy gdzieś łapią. Pewnie dlatego, że się ich doszukuje. Okazało się, że jesteśmy w podobnym wieku. Wszystko szło tak jak powinno. Podobne poglądy, oczekiwania i nastawienie sprawiło, że przestałem myśleć o tym co złe za mną, a zacząłem optymistycznie patrzeć w przyszłość. Mając mimo wszystko w podświadomości świadomość, że to nie do końca jest w porządku. Nie w porządku względem mnie samego, a nie jak wiele osób może pomyśleć, nie w porządku względem tego co za mną. Spotkaliśmy się na kawie w jednej z galerii handlowych.

Pojechałem mocno w ciemno, nie nastawiając się, nie oczekując. Od tak. Nasza kawa trwała jakieś 2-3h, tylko dlatego, że zamykali galerię. Błysk w oku, spojrzenia w oczy, uśmiechy. Wiesz, to się czuje, jeśli coś zaczyna grać od razu. Tutaj zagrało od razu, zdecydowanie. To co gdzieś na początku w naszych wiadomościach było domysłem i oczekiwaniem, jakąś swoją wersją poglądową drugiej osoby, właśnie stało się realne. Po spotkaniu, jak tylko się rozeszliśmy, chciałem napisać wiadomość, zazwyczaj tak robię. We wrzątku musiałem być kąpany za dzieciaka, bo gorąca woda to za mało.  Jednak stwierdziłem „nie tym razem” za to napisałem do przyjaciela „Tom, petarda”.

Nie minęło 30 minut, napisała.

Wiedz, że spotykaliśmy się zaledwie 3 tygodnie. To też w dzisiejszych czasach tak cholernie typowe. Nie będę opisywał całej znajomości, dialogów. Nie o to chodzi. Chodzi o formę, o przekaz. Chodzi o wszystko i o nic. Przecież właśnie na tym polega pisanie bloga. Nie każda historia musi być bujna, barwna i szczegółowa. Są historie, krótkie, proste jednak mające do zaoferowania cholernie dużo. Znacznie więcej niż barwne historyjki. Rzadko, szczególnie dziś, ale są. Ta jest taka. Przynajmniej dla mnie.

Pisaliśmy, rozmawialiśmy dość dużo. O wszystkim, o niczym. Wzajemnie co jakiś czas pytając siebie „gdzie jest haczyk”, to pytanie padało dość często. Mimo wzajemnych zapewnień, że go nie ma. Pytaliśmy, aż stało się to nudne.

Przecież musi być.

Jeździłem do niej, od marca pracuje zdalnie także dla mnie ograniczeniem jest łącze internetowe i mogę pracować z każdego miejsca na świecie, więc jak miała wolne, po prostu spędzaliśmy czas wspólnie. Ona swoje obowiązki, ja swoje. Mimo wszystko wspólnie. Miało to swój urok, pozwalało złapać oddech, odpocząć. Poczuć się w końcu spokojnie. Stabilnie.

I teraz do sedna.

Padły w pewnym momencie teksty „to co, wigilia u Ciebie, pierwszy dzień świąt u mnie”? Wiesz, dla większości osób to może wydać się głupie, błahe i śmieszne, że dorosły facet łapie się na takie teksty. Tak, łapie się. Powiesz „kurwa, co za debil. Przecież to zwykłe słowa” I ta jedna myśl, która właśnie przeszła Ci przez głowę, obrazuje jakim spaczonym jesteśmy społeczeństwem. Gdzie słowa mają wartość papieru toaletowego. To po prostu przykre, że w XXI wieku, można drugiej osobie powiedzieć wszystko, zupełnie nic sobie z tego nie robią. Nie ponosząc żadnej odpowiedzialności, za wypowiedziane słowa. Jestem megarodzinny, a swój dom traktuje jak azyl, do którego mało kto ma dostęp. Wiec dla mnie, taka wiadomość znaczyła cholernie dużo. Następnie wiadomość „kupiłam Ci kapcie i szczoteczkę do zębów, żebyś miał u mnie swoje” to dla mnie też jest cholernie dużo. Chyba, że coś przegapiłem i teraz każdej osobie robi się takie zakupy? Wiesz, to wszystko buduje w Tobie przekonanie, że to się dzieje naprawdę. Że cała ta znajomość zmierza w stronę, na której Ci zależy. Zaczynasz się angażować, puszczając hamulec ręczny. Łykając haczyk. „Zrobiłam Ci miejsce w szafie, żebyś mógł trzymać u mnie swoje rzeczy” – to normalne zachowanie? W sensie kogoś, komu nie zależy? No nie sądzę. Któregoś dnia, w weekend po wspólnym śniadaniu, które przygotowała powiedziała, że tak łatwo się od niej nie uwolnię, jednak nie chciała rozwinąć tej myśli. Mimo, że pytałem kilka razy.

Któregoś dnia, rano jechałem od niej na mecz. Dzień wcześniej wieczorem, zrobiła sobie zdjęcie w koszulce, z moim nazwiskiem, mówiąc, że też chce taką – jeśli mam być szczery, to chyba najbardziej urocza rzecz jak spotkała mnie w tym roku. Głupie nie? Tak, mi niewiele potrzeba do szczęścia. Serio. Rano dostałem śniadanie, prawie do łózka. Na mecz banana, batonika, red bulla. Wiesz co było mi pierwszy raz w życiu głupio, niezręcznie, a jednocześnie tak strasznie zajebiście. Dlaczego? Ano dlatego, że wcześniej nikt się tak wobec mnie nie zachowywał. To nie było sztuczne, wymuszone, a cholernie szczere. Pierwszy raz od bardzo dawna, to ktoś zrobił coś dla mnie, od siebie. A nie na odwrót, jak to zawsze ma miejsce.

Zawsze jak spędzaliśmy czas razem, było megadużo namiętności, bliskości. Jak wychodziliśmy, chodziliśmy za rękę, przytulaliśmy się. I wiesz co? Dla mnie to wszystko było jak z jakiegoś filmu. Jak z książki dla zagubionych nastolatek.  I tylko moja wyuczona świadomość podpowiadała, żebym nadstawił policzek, bo ktoś zaraz w niego zajebie. I Zajebał, z Nienacka.

Po 2-3 tygodniach, zabrała mnie do swoich przyjaciół na domówkę, co dla mnie też było nowością. Starałem się, jestem introwertykiem, ciężko mi nawiązać nowe kontakty, gdzie czuje się zupełnie obcy. Siedziała ciągle blisko, trzymając za rękę czy kolano. Po prostu była obok. Nawet wychwyciła, że jakaś laska chce złapać ze mną kontakt wzrokowy, z czego potem strasznie kręciliśmy bekę.  To było w sobotę, niedziele spędziliśmy na spacerowaniu i odpoczynku. Zaleczenie jakiegoś tam kacyka. Lazy day totalny. Poniedziałek też wspólnie, choć ja już pracowałem. Wieczorem wróciłem do domu, a we wtorek rano już czułem ze coś jest nie tak. I Zaczęło się. Z niczego.

Najpierw wiadomości „myślę o swoim byłym i nie chce być nie fair” potem, że jednak, że „ja tego nie czuje”, stanęło na tym, że „jednak czuje, ale boi się deklaracji” i tak na prawdę, z godziny na godzinę, mając WSZYSTKO, zostałem z niczym. Nie potrafiła mi odpowiedzieć, dlaczego ani o co chodzi. Zaczynasz odczuwać tak doskonale znane Ci uczucie, jak zaczynasz tracić grunt pod nogami, zaczynasz czuć, że żyjesz. Tak się teraz zastanawiam, czy to nie jest jakaś odmiana syndromu Sztokholmskiego. Tylko tutaj sam dla siebie byłbym oprawcą i ofiarą jednocześnie.

I spadasz.

Ostatnio jakoś często. Za często

Kilka dni później podjechałem odebrać z szafy dla mnie przygotowanej swoje rzeczy, które zostawiłem. I wiesz co? Kolejny raz przeżyłem mindfuck. I to taki, totalny. Bo do dziś nie potrafię w żaden logiczny sposób wyjaśnić tego wszystkiego.

Do rzeczy,

Podjechałem pod Jej dom z nastawieniem, że wyjdzie rzuci mi ciuchy, odwróci się i tyle. Każdy kto ma w dupie drugiego człowieka, tak właśnie by zrobił. Po co tracić czas na kogoś, kto nie ma dla Ciebie żadnego znaczenia. Może i miał, ale już nie ma

– Weź rzeczy, spierdalaj, Nara. – To chyba oczywiste?

A ona, wyszła. Stanęła przede mną, spojrzała mi w oczy i widziałem jak z dumnej pewnej siebie kobiety wszystko ulatuje. Cała pewność siebie, cała duma. Wszystko. I nagle stała przede mną mała bezbronna, zagubiona dziewczynka. Stała i patrzyła mi w oczy. Podeszła, się przytuliła. Przytuliła nie tak jak przytula się kolega do koleżanki. Tylko tak, jak przytula się kobieta do swojego faceta. To da się wyczuć. Dla mnie, to trwało wieczność. Czułem każde bicie swojego serca, zapach Jej włosów, skóry, perfum. Czułem gęstniejącą, elektryczną atmosferę, która tworzyła się do dokoła nas. Puściła, spojrzała jeszcze raz. Zobaczyłem łzy, odwróciła się nie mówiąc nic. odeszła.

Napisałem jej wiadomość jak dojechałem do domu, opisując to spotkanie, mniej więcej tak jak opisałem Tobie powyżej. W odpowiedzi dostałem „jesteś najlepszy <3” i tyle. Kolejny mindfuck.

Odpuściłem.

Odpuściłem, mimo, że dla mnie, była, jest Kobietą Kompletną. Taką, z którą mógłbym, chciałem iść przez życie. Mimo wszystko.

A teraz pomyśl, jak intensywna to musiała być znajomość. Jak musiała być kompletna, gdzie w 3 tygodnie, wzbudziła we mnie tyle skrajnych emocji. Emocji, nie uczuć. Żebyśmy mieli sprawę jasną. Znajomość, która w 3 tygodnie wywarła na mnie większe wrażenie, niż wcześniejsze 6 miesięcy. Bez złośliwości.

 

Nigdy tego nie robiłem, ale jestem cholernie ciekaw waszych przemyśleń i spostrzeżeń na temat tego wszystkiego. Wiec zachęcam do pisania komentarzy. Ja niestety, jak i moi przyjaciele. Ci, którzy znają tą relacje dużo bardziej szczegółowo nie byliśmy w stanie znaleźć ani jednego logicznego, racjonalnego wytłumaczenia.

Podziel się z innymi: