Fenix fight Club

Cześć przy niedzieli! Jesteśmy po targach FIWE. Pierwsze moje targi, pierwsze zawody, pierwsza prawdziwa styczność z sportem sylwetkowym. Musze wam powiedzieć, że jestem oczarowany. Cała ta otoczka, fit pasja, rywalizacja, sport, miłość.. Wiem, że jestem w końcu we właściwym miejscu. Wiem, że wszystkie te wyrzeczenia, cała ciężka praca, to wszystko jest tego cholernie warte! Ale o targach, zawodach i całej reszcie zupełnie innym razem, dziś zacznijmy od początku, bo wiem, że część z Was strasznie na to czeka.

Dieta, czas start.

Każdy z nas był przynajmniej raz na redukcji. Chciał zgubić kilogramy, centymetry, czy poprawić figurę. Najzwyczajniej w świecie mówiąc chciał się odchudzić. Strasznie nie lubię określenia „jestem na diecie” to trochę tak jak słyszę keczap, cuksy, poszłem czy przyszłem – błagam. Dieta tak naprawdę to odżywianie się, wiec wg. Definicji czy jesz zdrowo, jak prosie czy się głodzisz to i tak jesteś na diecie. Wiec proszę, zacznijmy nazywać rzeczy prawidłowo. To taki wstęp do wstępu, bo mnie osobiście naprawdę trafia szlak jak słyszę „jestem fit – przecież jestem na diecie”, na diecie to może być parlamentarzysta. I tu nie ja się wywyższam, tylko ktoś się poniża.

Wracając do sedna, każdy z nas, a przynajmniej 98% przynajmniej raz w życiu miało przynajmniej z założenia wybrany plan żywieniowy mający na celu utratę kilogramów. Dlaczego nadmieniłem, że z założenia? A no, dlatego, że często ludzie myślą, że jak po prostu ograniczą posiłki, nie będą jeść po 18 to waga sama zacznie spadać. Co z tego, że zamiast całego bochenka chleba na śniadanie zjemy pół, zapijemy kawą słodzoną nie 4 łyżeczkami cukru, a dwoma itd.., – co można robić źle, przecież ograniczyliśmy jedzenie o połowę. Sam przechodziłem podobne etapy. Szczególnie, że mam tendencję do szybkiego łapania wagi. Chwila nieuwagi, śmieciowe jedzenie i prosie gotowe.

Czas Prosiaka

Pierwszy raz do stanu prosiaka doprowadziłem się pod koniec technikum – było źle, naprawdę źle. Dobrze, że nie mam zdjęć ze studniówki – trauma gwarantowana. Po technikum zaczęła się praca, pech albo szczęście chciało, że trafiła mi się praca fizyczna, wiec waga zaczęła wracać do normy, – ale już wtedy zacząłem być na „diecie” – tak, celowo. Kilka lat spokoju, starałem się zawsze trzymać wagę na poziomie 80 kg, znam swój organizm. Wiem gdzie zaczynają pokazywać się pierwsze fałdy tłuszczu, które zapalają lampkę.

Drugi prosiak pojawił się w zeszłym roku, i był hodowany dość długo. Przeprowadziliśmy się do własnego mieszkania, trzeba było zacząć samemu gotować, wiadomo jak – wybierasz Uber eats. Wieczorem Piwo, słodycze i seriale. Prosie mode On. Waga zaczęła pokazywać 86 kg. Na czole pokazał się czerwony error. Mimo wszystko nie wierzyłem, że mogę zrobić ze sobą coś, co poprawi, jakość mojego życia. Wiedziałem, że trzeba zacząć zdrowo się odżywiać, ogarnąć sobie dobrze dobrany plan żywieniowy do tego trzeba będzie zacząć chodzić na słownie. Ale kurczę gdzie ja to wszystko, na bank nie dam rady. I siłownia? Nie, kompletnie się na tym nie znam, bez sensu.

Wstajesz i mówisz to dziś!

Wstałem rano, minąłem lustro w drodze do kuchni i zobaczyłem swój brzuch. Potem długo, długo nic i w końcu resztę. To był dzień, w którym nie mogłem najzwyczajniej w świecie już na siebie patrzeć. Podjąłem decyzje, że trzeba coś zrobić.

Dojechałem do pracy, odpaliłem komputer i zacząłem szukać siłowni w okolicy swojej pracy. Szukałem, przeglądałem i nic. Odpaliłem sobie blog Łukasza Jurkowskiego. To był moment, kiedy mocno interesowałem się MMA, a Juras i Różal byli, nadal są moimi największymi idolami. Nie pamiętam, co to był za wpis, ale wtedy mnie oświeciło – nie wiem czy nie przypadkiem o otwarciu KSW Gym na Rydygiera. A może martial Arts? Szybki resarch warszawskich klubów. Znalazłem Fenix Fight Club, który był 800m od mojej pracy – bajka. Treningi są od razu po mojej pracy – Bajka. W przyszłym tygodniu jest dzień otwarty – bajka. Skoro dostałem trzy raz TAK, trzeba skorzystać.

Początki MMA

Dzien otwarty w fenix fight club

Z perspektywy czasu, zupełnie nie wiedziałem, na co się pisze, i gdybym drugi raz miał zacząć od zera – nie wiem, czym bym się zdecydował (tak Grzesiek sadysto!), No, ale do rzeczy, wybrałem najlepsze ciuchy treningowe, wszystko fajnie, poszedłem. Wchodząc do klatki czułem się jak najzwyklejszy tłusty guziec. (Może znajdę gdzieś fotki z pierwszych treningów;)) przywitali mnie jak to na Pragę przystało, sami dobrze zbudowani, krótko ostrzyżeni panowie z wyższym wykształceniem, zajmujący wyskokiem stanowiska w znaczących polskich korporacjach – wiecie przecież jak jest, który dyrektor nie lubi po pracy przyjść na trening i się trochę ponapierdzielać z kolegami z branży. A tak poważnie, to czułem się jak owca wśród stara wilków. Całe zajęcia wbrew pierwszemu wrażeniu wyglądały fajnie, podstawowe chwyty, trochę sprawności itd. – myślałem, że umrę. Było na tyle fajnie, ze przyszedłem na następne zajęcia kupując karnet.

Zacząłem trenować w okresie wakacyjnym, wiec na zajęcia przychodziło mało osób, co równało się z porządnym wyciskiem. Mówiąc kolokwialnie, Trener wycierał nami podłogę. Ale nie zrażałem się, do tej pory nie wiem, dlaczego. W międzyczasie gala KSW na Narodowym, Comeback Jurkowskiego i Sen o Warszawie śpiewany przez cały stadion! Fuck Yea! Tutaj zobaczcie sobie zapowiedz tego powrotu

Sen o Warszawie – wejście Łukasza „jurasa” Jurkowskiego KSW Colosseum.

Tak sobie trenowałem, przytulaliśmy się w klatce z chłopakami, spoceni i obici – było fajnie. Do momentu. Nadszedł dzień, jakoś we wrześniu, kiedy pokazało mi się na Facebooku, coś, co nazywa się „Juras challenge”. Zabawa, której zasady są niezwykle proste, masz 3 miesiące na zrobienie jak najlepszej formy. Jakby trafił mnie piorun! Kiedy, jak nie teraz? Konkurs organizowany przez największego idola. OD razu wiedziałem, że zrobię wszystko, żeby wygrać. Bez względu na koszt. Telefon do kolegi ze studiów, który zajmuje się kulturystyką i dietetyką – Damiana, z prośbą o ułożenie planu żywieniowego i dołożenie czegoś na spalanie. Na treningu mma, rozmowa z trenerem Grześkiem, nakreślenie sytuacji z prośbą o dołożenie treningu siłowego. Ruszyłem od października. Oficjalna informacja od Łukasza, że akcja rusza od połowy października, a kończy się 20 grudnia. Oficjalna waga na start wyzwania to 85 kg!

„Juras challenge”

Na tym planie, który przygotowali mi trenerzy przetrenowałem cały Październik. Jednak było mi mało. Strasznie byłem nastawiony na wygraną, kosztem wszystkiego. Od listopada po konsultacji z Damianem, po zrobieniu. Dołożyliśmy do treningów wytrzymałościowych – MMA, w dni nie treningowe cardio + interwały i zmodyfikowaliśmy trening siłowy. Wiec w sumie, trenowałem 6 razy w tygodniu. Nie liczyło się, czy na dworze padał deszcz, śnieg czy temperatura była na minusie, wtedy mi nic nie przeszkadzało. Jedynym zmartwieniem było, czy po dniu wcześniejszym wyschły buty. W domu tylko spałem i gotowałem, w weekendy miałem dodatkową pracę, żeby zarobić na wszystkie potrzebne rzeczy. Dodajmy do tego domowe obowiązki, zakupy spożywcze, gotowanie. Nie było wtedy czasu zupełnie na nic. Byłem tym wszystkim zmęczony najbardziej psychicznie. Brak większego wsparcia najbliższych – tego chyba brakowało mi najbardziej. Ile razy, wracałem do domu, po treningach ledwo żywy, a w kuchni czy salonie witała mnie otwarta butelka coli, leys czy ptasie mleczko, – jeżeli uważasz, że wyolbrzymiam, albo się czepiam, to uwierz, ze nie wiesz, czym jest deficyt kaloryczny, brak cukru i ciężkie treningi.

W gruncie rzeczy skończyło się tragicznie, a przynajmniej wtedy tak myślałem. W połowie listopada – na półmetku drogi, masą treningów, masą pracy, masą obowiązków. Wyczerpany psychicznie. Moja teraz już była narzeczona oznajmiła mi drogą smsową, że to koniec. Po 10 latach, dostałem sms ‘a – rozumiesz? Wyprowadziłem się, co miałem zrobić? Załamałem się, świat się zawalił od tak. Przestałem jeść, pić, spać. W tydzień z gościa pełnego pasji i woli walki zrobiło się zombie. Po tygodniu zadzwoniłem do Damiana, musiałem się przyznać, że nie jem. Wiedziałem, że zostanę zjebany jak pies za obszczane nowe airmaxy. Wysłuchał. I powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę”

skończyłeś? To wpierdalaj na trening!”

Skończyłem, poszedłem. Od tamtej pory zacząłem się stabilizować. Po 2 tygodniach, okazało się, że moja przyszła żona poznała w pracy nowego faceta. Wziąłem Grześka – trenera od mma na bok i poprosiłem, że potrzebuje się wyżyć. Potrzebuje dodatkowych treningów. Tarcz i sparingów. Głupio się tylko uśmiechnął, teraz już wiem, dlaczego. Kolejne dwa tygodnie dostawałem taki wpierdol, że z klatki wychodziłem na czworaka, a w szatni płakałem. Płakałem z bólu, zmęczenia, żalu i bezradności. Po tych treningach zdałem sobie sprawę jak bardzo jej nienawidzę, a ta nienawiść dała mi siłę, i zaczęła kształtować charakter zupełnie nowego gościa. Innego dnia, po ciężkim treningu, gdzie wszyscy już widzieli, że jestem wrakiem – do szatni przyszedł trener poklepał mnie po ramieniu i powiedział:

„Masz wartość i godność. Życie to taki rywal w klatce. Weryfikuje każdy Twój ruch i każdą decyzję. Czasem wjedzie w nogi a czasem brutalnie rzuci o matę. Czasem też założy Ci duszenie. I często jest to dosyć ciasno dopięta technika. Tracimy wtedy nadzieję na wszystko. Wypalamy się w moment. Ale wtedy trener drze japę, że przecież jest ucieczka z duszenia. Sięgamy wtedy do granic swoich możliwości. Zaciskamy zęby, obniżamy brodę. I uciekamy z duszenia, zakładając dźwignię. Bez porażek nie jesteśmy w stanie wygrywać. Porażki uczą nas pokonywać swoje ograniczenia i słabości i tym samym uczą nas zwyciężać.” – słowa, które zostaną ze mną już na zawsze. Dziękuje!

Wyniki – TOP 5 w Polsce.

Waga i treningi tak weszły mi w głowę, że do klubu wchodziłem pierwszy, wychodziłem ostatni – w swojej grupie. Trening zajmował mi jakieś 2,5h. Biegałem cardio po 70 – 80 minut. Nie liczyło się nic innego.

Tuż przed wynikami, pod koniec grudnia poznałem Kobietę. Dziewczynę, która jak się okazało, przewijała się praktycznie przez połowę mojego życia, a w efekcie końcowym wywróciłam dosłownie wszystko do góry nogami. To chyba w głównej mierze dzięki niej, jestem tą osobą, którą jestem dziś. Przez te kilka miesięcy, spowodowała więcej zmian w mojej osobie, niż dziesięcioletni związek. Znajomość, która do tej pory szarpie dość mocno. To chyba dzięki niej stałem się prawdziwym, wartościowym facetem. Dzięki Niej, albo przez nią – sam nie wiem.

Wracając, „Juras challenge” skończyłem w TOP5 na całą Polskę – szczerze mówiąc jestem rozczarowany. Jeżeli się komuś chce, odpalcie sobie fanpage wyzwania na fb, wyniki są dość wysoko na tablicy. Ciekaw jestem waszej opinii na ten temat. Wiem, że zrobiłem wszystko, co mogłem. Wyrzeczenia, pot, łzy, krew. Było wszystko. Waga końcowa 74,2 kg!

Koniec Rozdziału I

Te trzy miesiące nauczyły mnie, że wszystko zależy tylko od nas, a za sukces odpowiedzialny jest charakter, determinacja i wola walki. Nic innego. Natomiast, jeżeli szukacie przeciwnika, spójrzcie w lustro – to jedyny człowiek, który jest waszym przeciwnikiem. Nikt inny. Przemyśleń z tego okresu jest dużo więcej, z tym, że uformowały się dużo później. Wiec o nich przy okazji następnego wpisu. Podsumowując. Ten okres, zbijanie wagi, odnalezienie się w nowej sytuacji, juras challenge, to prawdziwy wstęp do nowej wielkiej wspaniałej przygody, którą kontynuuje do dnia dzisiejszego i nadal uważam, że to zaledwie przedsmak wszystkich wspaniałych rzeczy, jakie mnie czekają.

Pamiętajcie, porażki kształtują. Na nich powinniśmy się uczyć, wyciągać wnioski, budować charakter. To porażki są podwalinami wspaniałych sukcesów. Tylko musimy w odpowiednim momencie zdać sobie sprawę, że porażka to tak naprawdę, nowa czysta karta, nowe możliwości i tylko od nas zależy, jak je wykorzystamy! Tyle na dziś, zamknęliśmy pierwszy, ale jakże ważny rozdział.

Podziel się z innymi: